O tym, że Anioł Stróż może być autobusem

0
76
Chciałbym podzielić się z Wami pewną niecodzienną historią, która wydarzyła się w dniach 23-24. sierpnia w drodze na rekolekcje w West Pokot. Rankiem 23. sierpnia, dzień po zakończonych rekolekcjach nadszedł czas pożegnania z Homa Bay. Ksiądz Marcellin, który nas gościł na swojej parafii podwiózł naszą czwórkę animatorów do Rongo, skąd Weronika i Staszek mieli zabukowane miejsce w autobusie do Nairobi, a ja wraz z Madzią mieliśmy znaleźć matatu (busa) do Kitale, skąd łatwo byłoby już trafić na docelowy nocleg w Kapengurii. Podróż rozpoczęła się bardzo dobrze, gdyż zostaliśmy z Madzią przygarnięci przez siostry zakonne, które jechały do Kisumu. W Kisumu przesiedliśmy się do kolejnego matatu, tym razem już teoretycznie bezpośrednio do Kitale. Po upłynięciu niecałej godziny matatu było prawie pełne i ruszyliśmy. Na nasze nieszczęście okazało się jednak, że chociaż sam samochód miał docelowo dojechać do Kitale, to po drodze zatrzymywał się wielokrotnie przyjmując i wysadzając kolejnych pasażerów, co skutecznie opóźniło nasz przyjazd o parę godzin. Coraz bardziej niecierpliwie liczyłem kilometry pozostałe do celu podróży. Jakieś pół godziny drogi przed Kitale matatu zatrzymało się na dobre, a kierowca poprosił nas o zmianę pojazdu. Znużeni i głodni po całym dniu podróży posłusznie rozpoczęliśmy przepakowywanie się do drugiego matatu. W tym momencie czekała na nas jednak niespodzianka… W bagażniku nie było walizki Madzi! Zamiast niej, pod jednym z foteli leżała inna, mocno wyeksploatowana walizka, o podobnym kolorze. Takie odkrycie potrafi lepiej pobudzić niż najmocniejsza kawa. Może lepiej podaruję sobie szczegółowy opis przebiegu „dyskusji” pomiędzy mną a osobami związanymi ze sprawą oraz innych wydarzeń towarzyszących. Stanęło na tym, że następnego ranka trzeba było zgłosić sprawę w biurze firmy przewozowej, a następnie łudzić się, że może kiedyś się odnajdzie. Nawet nie próbowałem specjalnie ukrywać przed Madzią moich powątpiewań w skuteczność rzekomych poszukiwań. Trzeba było teraz dojechać jak najszybciej do Kitale. Nadchodziła już noc, a okolica centrum miasta nie należy raczej do najprzyjemniejszych. Dobrze zapadło mi w pamięć jak idąc szybkim krokiem po ciemnych już ulicach prosiliśmy naszych aniołów stróżów o bezpieczne znalezienie spokojnego i niedrogiego hotelu na nocleg. Magda dodała też prośbę o znalezienie walizki – ja nawet na to z początku nie wpadłem. Nie miałem już nawet za bardzo na to nadziei. Łącznie wszystkich pasażerów na całej trasie było ze trzydziestu, a wielu z nich wysiadała w mało charakterystycznych miejscach. Nawet jeśli to była pomyłka, a nie celowa podmianka, to kto by się zgłosił, żeby oddać nową walizkę pełną dobrych ubrań i innych cennych przedmiotów w zamian za swoją zapełnioną starymi ubraniami i materiałami? Ostatecznie udało się trafić do „hotelu”, w którym zjedliśmy porządny posiłek i mogliśmy odpocząć przez noc. Plan na kolejny dzień: pójść do biura zgłosić sprawę, zrobić podstawowe zakupy, także odzieżowe – tak, żeby dało się przetrwać ten tydzień rekolekcji, a potem dojechać do Kacheliby, gdzie czeka na nas misjonarz, z którymi mieliśmy wjechać w głąb regionu Pokot. Odnalezienie biura nie było jednak takie proste i byliśmy kilkukrotnie odsyłani z miejsca w miejsce. Ostatecznie znalazł się bardziej rozgarnięty mężczyzna, który nas zaprowadził jakieś pół kilometra od lokalizacji wskazanej przez google do właściwego biura spółdzielni przewozowej. Pracownik, który przyjął nasze zgłoszenie, od początku sprawiał wrażenie zatroskanego i po zebraniu od nas niezbędnych danych, zadzwonił do konduktora matatu, którym jechaliśmy. Po krótkiej rozmowie telefonicznej otrzymaliśmy odpowiedź. Konduktorowi udało się zidentyfikować kobietę, która pomyliła walizkę i właśnie jedzie ją odebrać. Miejsce jej zamieszkania było oddalone o 200 szylingów na pikipiki (ok. 1h drogi) od drogi głównej (odległość można podawać nie tylko w jednostkach długości, albo czasu potrzebnego na dotarcie, ale też w kwocie pieniędzy, którą trzeba za tą trasę zapłacić kierowcy pikipiki- motorynki, który robi za taksówkarza). Z rozmowy wynikało, że walizka dojedzie do Kitale już za 2,5h! Była to chyba ostatnia wiadomość jakiej się spodziewałem! Pozytywnie zaskoczeni i z przywróconą nadzieją postanowiliśmy poczekać na walizkę, licząc się z kolejnym noclegiem w Kitale lub Kapengurii. Te obiecane 2,5 godziny czekania dawały mi jednak nadzieję, że realistycznie może za 10 godzin będzie już na miejscu. Taki obrót spraw wymagał poważnej zmiany planów, bo misjonarz miał wyjechać z Kacheliby wcześniej, ale radość z dobrych wieści przyćmiła kolejne niedogodności. Po uprzejmym wyproszeniu nas z hotelu znaleźliśmy miejsce w przyjemnej kawiarni, gdzie postanowiliśmy czekać na dalsze informacje. O dziwo, niemal równo po 2,5 godzinie, otrzymałem telefon, że walizka już czeka na odbiór. Z lekkim niedowierzaniem szybko ruszyliśmy z powrotem do biura. Było to już po dwunastej, czyli prawdopodobieństwo, że dojedziemy na czas do Kapengurii, żeby złapać ostatnie matatu do Pokot było nikłe. Zwykle odjeżdżają one ok. 11-12. a my dojechalibyśmy na stację najwcześniej ok. 13:30.
W drodze po walizkę postanowiłem wypłacić pieniądze ze zrzutki na rekolekcje w Pokot. Czekając w kolejce do bankomatu podszedł do mnie pewien człowiek i przywitał mnie uściskiem dłoni. Powiedział, że kojarzy mnie z Amakuriat (parafia w Pokot, do której zmierzaliśmy). Okazało się, że to dobrze mi znany ze słyszenia Steven Okula, biznesman z Amakuriat, który jest właścicielem firmy przewozowej. To właśnie z jego usług mielibyśmy skorzystać, gdybyśmy zdążyli do Kapengurii. Po krótkiej wymianie zdań wykonał telefon i po informacji, że samochód jeszcze nie wyjechał, nakazał kierowcy, żeby poczekał na nas. Jakby tego było mało, jego firma przewozowa nosi nazwę Guardian Angel (ang. Anioł Stróż)!!! Po pożegnaniu z Okulą, szybko odebraliśmy odnaleziony bagaż i wsiedliśmy do matatu do Kapengurii, skąd już Anioł Stróż bezpiecznie dowiózł nas prawie pod samo miejsce prowadzenia rekolekcji, skąd następnie pojechaliśmy wraz z o. Maćkiem na misję do Chelopoy.
Tak oto sytuacja, która z początku wydawała się beznadziejna, stała się okazją na wylanie tym większej łaski Bożej, tym razem tak bardzo wyraźnie poprzez działanie naszych aniołów stróżów 🙂
Relacja: Piotr Stopa