Świadectwo #3 – rekolekcje „W ciszy Słowa”

0
152

Przyjeżdżając spodziewałam się, że będzie to pewnego rodzaju odpoczynek od bodźców. Cisza, sam na sam z Bogiem, natura, góry. Bez ludzi, którzy oczekiwaliby że o czymś będę z nimi mówić, a jednocześnie we wspólnocie. I o ile ta druga rzecz się sprawdziła i było to ciekawe doświadczenie, to na pewno nie mogę powiedzieć o małej ilości bodźców. Konferencje bp Rysia potrafiły tak wiele szczegółów poruszyć, rozpoznać nawet w krótkim fragmencie, że miałam o czym myśleć przez całe dnie. O ile historię Piotra odkrywałam jakby na nowo, bo przecież ją znalazłam, to Tymoteusz był dla mnie zupełną nowością i bardzo zaciekawił mnie ten list.

Te rekolekcje były dla mnie kolejnym nawróceniem. Od pewnego czasu, mimo iż tego nie chciałam, Bóg zamiast być na pierwszym miejscu, zamiast być celem życia, stawał się tylko jego częścią. Zdarzało się iż popełniałam jeden z największych błędów w chwilach rozpaczy, czyli poddawanie w wątpliwość jego istnienia. Jakby to wytłumaczyć? Miałam jego doświadczenie, ale był ten cichy cyniczny głosik z tylu głowy: a co jeśli to tylko ułuda?
Ks. Dukielski powiedział pod koniec „Może żyliście do tej pory w takim duchowym konkubinacie.” Uderzyło mnie to stwierdzenie, zwłaszcza że lubię porównywać wiarę do zakochania. Niby blisko, ale bez oddania „do końca”.

Życie że świadomością istnienia TAKIEGO Boga o jakim mówi Pismo powinno być inne niż moje życie. Przecież to kompletnie zmienia perspektywę.

Doświadczyłam kilku ciekawych przypadków-nieprzypadków. Pierwszego dnia totalnie zwątpiłam podczas mszy. Być może miało to związek ze zmęczeniem po chodzeniu po górach (zwłaszcza w deszczu), które wyrywa z człowieka szczerość. Z perspektywy czasu myślę, że dobrze że tak się stało. Żeby coś naprawić, najpierw trzeba zauważyć, że nie działa.

A więc stoję na mszy, śpiew „Baranku Boży” trwa, a ja się orientuje, że kompletnie nie mam w sobie wiary i czuję rozpacz. Bo zaraz mam przyjąć Jezusa a w mojej głowie króluje natrętna myśl „co za szopka, taka powaga przed kawałkiem chleba” i jakoś nie potrafię sobie przetłumaczyć, że ja wierze że w tym chlebie jest Bóg. Zmęczenie zaciemnilo mi myślenie. I nagle ksiądz mówi przed komunią „Ja powiem: oto ciało i krew Chrystusa, a wy odpowiecie: Amen. Wierzę w to”.

Wyobraź sobie moje zaskoczenie i poczucie beznadziei, bo mimo że to był podejrzany „przypadek”, wcale nie sprawił, że sercem uwierzyłam. Jak nie skłamać i przystąpić do komunii której mimo wszystko pragnę? Tego dnia ocaliła mnie myśl, że wiara to decyzja i mimo że teraz wszystko we mnie jest przeciwne to ze względu na swoje dawne przekonania „decyduje się wierzyć”, bez względu na odczucia.

Potem wśród konferencji, zrozumiałam swój błąd, że czas Boga z „części życia” zamienić na „cel życia”. Bardzo pomogła też rozmowa z księdzem Michałem Kopcińskim, który (chwała mu za to) nie zlekceważył mojego „filozofowania”, trochę oderwanego od rzeczywistości, ale będącego odbiciem tego co czuję, ale wskazał, że wiara może mieć też racjonalne korzenie.

Bardzo poruszyły mnie słowa bp Rysia który tak streścił nauczanie papieża Benedykta (który z kolei cytował Augustyna): „NIE ZNAM ŻYCIA WIECZNEGO, ALE NIC INNEGO MI NIE WYSTARCZY”. Jest we mnie taka silna tęsknota, silniejsza niż wszystko, co by mnie mogło od wiary odwieść i to chyba o niej mowa w encyklice „Spe salvi” Benedykta XVI.

Ksiądz Dukielski wspominał też parę razy żeby na pokusy odpowiadać Słowem Bożym, to też mnie ratowało, zwłaszcza wspomnianego pierwszego dnia. Modliłam się fragmentem 2 Tm 1,7 o Ducha mocy, miłości i opanowania, o rozpalenie charyzmatu.

Góry uczyły pokory i zachwytu nad światem.

Bardzo mnie dotknęło też to (z konferencji), że KOŚCIÓŁ TO NIE IDEA, TO KONKRETNE TWARZE. Ja tak mam, że chciałabym, żeby ustalić sobie jeden wzór, jak na matematyce (wspaniały przedmiot) i iść na skróty, kiedy reszta liczy wszystko po kolei, ale.. życie tak nie działa. Chciałabym poznać cały świat, żeby móc mieć obiektywne zdanie (mówię o pragnieniu, nieracjonalnym, ale takie się we mnie rodzi samo). Zdałam sobie sprawę, że traktuje naukę Jezusa, kościół właśnie jak ideę którą można wytłumaczyć, zrozumieć, dopasować do danej sytuacji. A to tak nie działa. Kościół to nie jeden wzór, ale mozaika twarzy, mozaika historii, skrajnie innych, ale każda ma swoją rolę. To jest niesamowicie ciekawe. Tyle możliwości jest w świecie, a ja przeżyje je tylko w jeden określony sposób. Tylko jeden. I to jest okej.

Ujęło mnie, że pierwszy raz chyba na spowiedzi ksiądz po prostu poświęcił mi czas. Nie zajął się tylko tym co mówiłam, ale sam zapytał, posłuchał. Nie skupił się na grzechach, ale wnikał w ich źródło. Rozmawiał jakby to nie była spowiedź, a przynajmniej nie tak jak do tej pory. Ciekawą sprawą jest, że gdy wychodziłam później z kaplicy moją uwagę przykuł obrazek z J.M. Vianneyem, który jakoś budzi moją sympatię. Odwróciłam obrazek, a z tyłu modlitwa zaczynała się intencją, w której miałam pomodlić się jako pokuta.

Od rekolekcji minęło już parę dni, owoce pokazują się powoli. Jeden z nich: uczę się rozpoznawać chwile słabości w wierze, aby zawczasu jak Święty Paweł zawołać do Boga, że ja swoją siłą nie zdołam przez nie przejść.  Ale wiem, że Bóg jest ze mną i to JEGO MOCĄ pozostanę wierna (początek 2 Tm). A więc oddaje mu, żeby on działał i on mnie przy sobie trzymał. Skarb w glinianych naczyniach. Moc w słabości się doskonali. Te fragmenty były dla mnie ciężkie do zrozumienia, ale teraz już wiem, że wiara nie jest do rozumienia, ale do doświadczania 😉  Coś co częściowo z tego wynika to też dystans, który ciężko mi zachować i nieustannie się go uczę.

Mimo iż te rekolekcje (mimo pozoru ciszy rozumianej jako „mało dziania się”) były bardzo bogate i ciężko wybrać mi przewodnie treści bo były po prostu hiper różnorodne, wiem, że będę do nich wracać (dzięki moderatorom za zachętę do notowania!) i już czuję że nie pozostaną bez wpływu na moje życie.

Chwała Panu!

~ Anonim

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wprowadź komentarz!
Podaj swoje imię